W 2006 roku Joanna i Tomasz Lindner wybrali się na wyprawę samochodem do Japonii. Jak się do tej wyprawy przygotowali, co przeżyli i kogo na swojej drodze spotkali. Zapraszamy do przeczytania ciekawej i obszernej relacji z tej niesamowitej podróży.
Wyjazd w pojedynkę zmusił nas do tego, aby zabrać ze sobą nadmiar niezbędnych rzeczy. Nasze auto miało jednocześnie spełniać rolę środka lokomocji, serwisu, sypialni, kuchni, łazienki a teren wokół auta to był nasz wielki salon. Przebieranie pakunków, dobieranie różnych rzeczy spowodowało, że auto było przeciążone a opóźnienie wyjazdu narastało. Jednak w pewien czerwcowy poranek zmobilizowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę...
Przekraczaliśmy granicę w Korczowej. Trasa wiodła przez Ukrainę, Rosję do Japonii. Tekst „Jedziemy do Japonii przez Syberię” wywoływał uśmiech a niejednokrotnie zdziwienie na twarzy osób, którym to mówiliśmy. Szczególnie celnicy ukraińscy mieli ubaw: „Hm, druga para opon przyda się wam”, „przecież tam nie ma dróg”, „Jak poradzicie sobie z niedźwiedziami”?, „Co tam jest takiego ciekawego, skoro taki kawał świata jedziecie?”, „...nie lepiej samolotem...”, itp.
Przejazd przez Ukrainę zajął nam dwa dni. Lwów, Kijów, Charków - wielkie aglomeracje. Mimo przestróg rodaków przez CB, nie obyło się bez mandatu za przekroczenie prędkości. Tekst o biednych, wiejskich nauczycielach, nie przyniósł rezultatu. Zapłata mandatu rozwiała nasze „banany” na twarzy. To co zrobiło na nas ogromne wrażenie, to zabytkowe cerkwie z XVII wieku oraz Cmentarz Ofiar Totalitaryzmu (Charków), gdzie pochowano 4tys. oficerów Wojska Polskiego z obozu w Starobielsku bestialsko zamordowanych przez charkowskie NKWD. To co nas zszokowało, to próba skasowania przez celników ukraińskich, opłaty wyjazdowej (10 euro). Oczywiście zrozumieliśmy „chwyt”. Oczekiwane przez nas potwierdzenie wpłaty, zniechęciło celników do dalszego nakłaniania. Już na granicy Rosji poznaliśmy przedsmak ich biurokracji. Mnóstwo papierków do wypełniania a szczególnie dotyczących auta. Ubezpieczenie auta to koszt rzędu 140$, czasowy wwóz auta 100 rubli oraz 300 rubli kaucji. Kwit oczywiście ważny czasowo (kolejne wyrabiane płatnie). Wynegocjowaliśmy termin do miesiąca z możliwością przedłużenia we Władywostoku, a nie w Moskwie. Po prawie dwóch godzinach spędzonych na granicy, wreszcie ją opuściliśmy. Pewnie trwało by to dłużej, gdybyśmy czekali na psy do tropienia narkotyków. Zrozumieliśmy o co chodzi... Nasz budżet malał...
Ruszaliśmy z rana koło 9:00 a dojeżdżaliśmy do celu koło 21:00. Dziennie pokonywaliśmy 500-700km. Przejście przez kolejne strefy czasowe to nie lada wyzwanie. Umykały nam godziny. Coraz mniej spaliśmy. Błędne oczy, ból głowy, upały i napięcie nerwowe, że musimy nadgonić opóźnienie wyjazdu, dawało nam się we znaki. Liczył się czas i przejechane kilometry. Tracąca się fala radiowa i cisza trwająca cały dzień zanim nie dojedziemy do większej miejscowości (500-600km), na początku doprowadzała nas do szału. Nerwowe szukanie różnych stacji było bezcelowe. Przyzwyczajaliśmy się do wyciszonego trybu życia. Pozostały nam bodźce wzrokowe. Nudne z początku, bo jednostajne widoki łąk, lasów, mokradeł z czasem nabrały cech oryginalności. Ogromna przestrzeń, mnóstwo rzek, owadów, duże połacie zieleni, pas drzew przy drodze to normalność. Przerażenie stanowiła bieda ludzi, krzywe drewniane domki, „zapuszczone” kołchozy, brud, gruz i śmieci leżące na ziemi, drogi z wyrwami...Obłęd. Drugą grupę społeczną stanowią ludzie bardzo bogaci czyli posiadacze m.in. aut terenowych, których ilość i jakość nie jest spotykana w polskim mieście. Serdeczność ludzi z Syberii nie jest chyba obca Polakom. Odstępowanie swojego mieszkania, podzielenie się przysłowiowym, ostatnim kawałkiem chleba to zwykły gest Sybiraka. Nie omieszkamy również wspomnieć o miejscowych mafiach, dzięki którym mogliśmy zreperować auto (przedni amortyzator i resor, który miał dożywotnią gwarancję – widać wszystko na ruskich drogach jest możliwe).
Jak przepisy nakazują meldunek dokonaliśmy do 3 dni po wjeździe do Rosji. Można dokonać tego na posterunku milicji lub w niektórych hotelach. Ceny hoteli wysokie w porównaniu do standardu. Przypomniały nam czasy komuny. Meldunek, nocleg, parking i dostęp do internetu może kosztować nawet 200PLN. Obcokrajowiec w Rosji traktowany jest jak bank pełen pieniędzy. Nieraz przekonaliśmy się o tym (ceny oczywiście wyższe). Ormianie chytrzy na pieniądze, po naprawie auta (montaż urwanej rynienki dachowej, co groziło urwaniem bagażnika dachowego z osprzętem) są w stanie zażądać trzykrotnej zapłaty. Skutki spartaczonej roboty typu wgnieciony dach, popalone szyby, to ich nie interesuje.
Byliśmy ciekawym obiektem zainteresowania nawet milicji (tzw. „gaji”), która kontrolowała nas nagminnie przekraczając kolejne obwody republik. Choć dokumenty były w porządku, zawsze padało pytanie o cel wizyty. Tłumaczenie się, że jedziemy obejrzeć ich kraj aż do Władywostoku, wywoływało drapanie się po głowie. Niejeden Rosjanin marzy o zwiedzeniu swojego kraju. Dlaczego Polak ma taką potrzebę? Równocześnie stanowiliśmy obiekt nieznany i zarazem niebezpieczny dla tubylców (duże, czerwone auto z wojskowymi skrzyniami na dachu, nie wiadomo czym załadowane). Odczuliśmy to na terenie Autonomicznej Republiki Baszkirskiej. Ignorowanie naszych pytań o drogę, odmowa wymiany waluty w banku (mimo prostych banknotów, kasjerka upierała się, że były pogniecione). Dowiedzieliśmy się, że miejscowi obawiają się ludzi z Czeczenii, Kaukazu (akty terrorystyczne). Stąd brunetka z nietypowym akcentem ruskim to potencjalny zamachowiec (hm!).
Podczas podróży docieraliśmy do miejsc atrakcyjnych dla nas. W Samarze próbowaliśmy piwo z browaru Żyguli, z którego miasto słynie (nic rewelacyjnego!). W powietrzu unosiła się słodka woń – sprawka browaru. Testowaliśmy duży pieróg z mięsem, m.in. baranim. Piwo z innego browaru (Baltika) bardziej nam odpowiadało. To „wchodziło” bez oporu. Największą atrakcją był bunkier Stalina, wybudowany na głębokości dziewięciu pięter pod Akademią Kultury i Sztuki. Choć był zamknięty, uprosiliśmy wstęp. Starszy pan w uniformie wojskowym, opowiadał nam historię o czasach stalinowskich. Bunkier nigdy nie pełnił swej funkcji (Stalin zdecydował się pozostać w Moskwie, aby kierować wojskiem). Zwiedzanie tej tajnej kryjówki, pozostawia niesamowite wrażenia... Na placu Sławy znajduje się pomnik upamiętniający czasy II wojny światowej. Błyszcząca, 53-metrowa statua robotnika trzymającego parę skrzydeł symbolizuje związany z lotnictwem wkład miasta w zbrojny opór - tutejsze fabryki produkowały samolot Ił-2 (w czasie II wojny światowej nazywany „latającym czołgiem”). Po zwiedzeniu miasta, relaksowaliśmy się nad brzegiem Wołgi. Brodząc stopami po wodzie, spacerowaliśmy. Kąpiel w rzece i opalanie albo spacer to ulubiony sposób spędzania czasu wolnego przez mieszkańców.
Ufa jest stolicą niepozornej, najbardziej zadbanej (nasze obserwacje i odczucia) Autonomicznej Republiki Baszkirskiej. Spokrewnieni z Turkami muzułmańscy Baszkirowie, stanowią zaledwie jedną trzecią czteromilionowej ludności Baszkortostanu (Baszkirii). Ich gwarowy język można usłyszeć na wsi i w radiu (charakterystyczne pieśni – np. radio Manhatan). Pisanie po baszkirsku wymaga przyswojenia dziewięciu dodatkowych liter, nieobecnych w standardowej rosyjskiej cyrylicy. Dziękuję znaczy „rachmat” (nic wspólnego z ruskim „spasiba”). Zapamiętywanie odpowiednich zwrotów grzecznościowych było problemem. Nawet nazwy miast na drogowskazach pisane były w dwóch językach. Flaga tej republiki jest w trzech kolorach: niebiesko-biało-zielona.
Około 16 km od Jekaterynburga znajduje się niewielka miejscowość, Ganina Jama. Odwiedzana ze względu na miejsce ostatniego spoczynku Romanowów. Po zamordowaniu carskiej rodziny zwłoki ukryto właśnie w głębi lasów Ganiny Jamy. Cerkiew prawosławna buduje na tej uświęconej ziemi, która się stała celem pielgrzymek, klasztor Świętych Carskich Męczenników. Drewniane budynki wznosi się bez użycia gwoździ. Platforma obserwacyjna wychodzi na szyb kopalniany, do którego wrzucono i spalono zwłoki. Jak do każdej cerkwi, kobieta wchodząca powinna mieć chustkę na głowie (tzw. płatok) oraz długą spódnicę (tzw. jupka). Przy wyjściu z terenu świątyń, próbowaliśmy popularny kwas chlebowy oraz świętą herbatę. Przebywając na terenie Jekaterynburga, ciekawostką dla nas były tzw. „białe noce”.
Pasmo Uralu rozciąga się na przestrzeni 2 tys. km od arktycznego Morza Karskiego na północy do Kazachstanu na południu. Góry są niskie – sięgają do 2000 m n.p.m. Przez wieki stanowiły dla Rosji ważne źródło metali i minerałów, co dało początek licznym miastom przemysłowym, takim jak Perm, Jekaterynburg i Czelabińsk. Zauralska część Rosji ciągnie się 7 tys. km na linii wschód-zachód i 3,5 tys. km z północy na południe, zajmując jedną trzecią półkuli północnej. Jest to właściwie kawał świata aż po Pacyfik. Na dźwięk słów „Syberia” nasuwa się myśl o zesłańcach (zbrodniarzy, przeciwników politycznych, wrogów klasowych, obrońców religii, itd.), sowieckich łagrach, mroźnych pustkowiach. Okazuje się, że latem temperatura wzrasta aż do 35°C. W większości miast nie brakuje infrastruktury turystycznej. Dawniejszym zesłańcom zdarzało się tak polubić swobodę dzikich syberyjskich przestrzeni, że po odbyciu wyroku, osiedlali się na nich z własnej woli. Podróż po Syberii to ogromna wyprawa. Zanim położono tory kolejowe, jazda z miejscowości od Uralu do dalekiej osady na Syberii zajmowała konno nieraz ponad rok. Z Jekaterynburga na zachodniej granicy Syberii do Władywostoku na wybrzeżu Morza Japońskiego jest mniej więcej taka sama odległość jak z Berlina do Nowego Jorku. Odległości są tu ogromne, nawet tysiące km dzielą miasta i wsie.
Udało nam się odwiedzić członków „Domu Polskiego”, Kulturalno-Oświatowego Stowarzyszenia w Nowosybirsku. W mieszkaniu, w bloku przyjęły nas dwie kobiety. Nastąpiła krótka wymiana zdań o założeniach stowarzyszenia oraz o naszych planach podróży. Polecono nam obejrzeć „Akademgorod” (miasto naukowców). Pomógł nam w tym przyjaciel Stowarzyszenia, pan Anatol Roitman (naukowiec, wykładowca ruskiej uczelni, tłumacz poezji Czesława Miłosza). Ten ośrodek oddalony od centrum Nowosybirska jakieś 30 km, w pobliżu plaż nad Obskim Morzem, czyli długim na 200 km jeziorem zaporowym na rzece Ob., w przyszłym roku będzie obchodzić swoje 50-lecie istnienia. Pierwotnie pomyślany był jako elitarne miasteczko radzieckich instytutów badawczych (np. fizyki jądrowej), gdzie naukowcy mogliby w spokoju pracować. Dodatkowo naukowcy kuszeni byli specjalnymi przywilejami (typu dodatkowe kartki na żywność). W Nowosybirsku obejrzeliśmy kaplicę św. Mikołaja, wybudowaną w 1915 r. jako pamiątka po dynastii Romanowów (klejnocik architektury).
Rezerwat przyrody „Stołby” w Krasnojarsku zwiedzaliśmy z zachowaniem szczególnej ostrożności z uwagi na kleszcze (agresywne w tym czasie). Mimo upałów ponad 30-to stopniowych, nasze ciało nie miało prawa być odkryte (wyjątek to ręce, twarz). Zrzucaliśmy kleszcze z nogawek. Nie obyło się bez wyciągania choćby jednego z ciała. Dzięki naszemu lekarzowi rodzinnemu (Kordianowi) przez telefon (sms-y), wiedzieliśmy jak mamy się zachować.
„Perłą Syberii” jest i będzie zdecydowanie jezioro Bajkał. Słynie dalej z krystalicznie czystej, błękitnej wody, górskiego otoczenia i skalistych przeważnie brzegów. To najgłębsze jezioro świata. Jedynym mankamentem jest niska temperatura wody. Dłużej niż 3 minuty zanurzenia po kostki nie można wytrzymać. Wyspa Olchon była dla nas wyjątkowa. Tam poznaliśmy Rosjan, dzięki którym spróbowaliśmy: pieczonego hariusa (ryba występująca tylko w Bajkale), gotowanego (zupa „ucha”) oraz surowego (solony), czerwony barszcz, bigos rybaków, ruskiej wódki, itd. Poznaliśmy agresywność pijanych Buriatów – kiedy chce się napić piwa a tylko ty je masz i sączysz, wyrwie ci z ręki, wypije i wyrzuci puszkę... Groźne spojrzenie, walka wzrokiem, stanowczy głos nie wiadomo czy pomoże. Możliwe, że to tylko nas spotkało. Wysokie klify, lazur, przejrzystość wody, ostra natura przykuwała naszą uwagę. Świstaki towarzyszyły nam cały czas. Obserwowały każdy ruch.
Za Bajkałem, na trasie Czyta – Chabarowsk (ponad 2 tys.km) zaczęła się tzw. szutrówka. Federalna droga, którą Putin otworzył ale do tej pory nie ma asfaltu. Spotykaliśmy ludzi tzw. „pieregończyków”, którzy zawodowo gonią japońskie auta kupowane w Władywostoku. Pytali nas o drogę, jaka jest przed Uralem, za Uralem. Jakie Polacy mają zdanie na temat Rosjan. Na trasie spotykaliśmy znaki drogowe przestrzelone. Prawdopodobnie sprawka uzbrojonych „pieregończyków”, którzy w obawie przed ruską mafią posiadają broń. Towarzyszył nam kurz, pył, kamienie...i komary, muchy, których ukłucie było bolesne. Kąpiel w rzece trwała krótko ze względu właśnie na żarłoczne muchy i komary.
Zanim dojechaliśmy do Władywostoku, musieliśmy wymienić tylne amortyzatory. Ich trwałość niestety była krótka, ok. 700 km. Swojski remont typu dolanie oleju, zespawanie nastąpiło dzięki pomocy ruskiej załogi, na statku towarowym z drewnem („Teklibka”) relacji Nachodka-Toyama, na który załadował nas dźwig portowy. Stanowczość kapitana statku dała nam się we znaki. Niesprawdzone przez kapitana informacje typu, że Polacy (przeciwnie dla Rosjan) nie muszą mieć zaproszenia, wizy do Japonii, wywołały burzę między nami. Trwała przez trzy dni. Zabrano nam paszporty i dokumenty auta. Zostaliśmy okrzyknięci przez kapitana polską kontrabandą i dzięki nam zabiorą mu licencję (myślimy, że miałby niezłą nauczkę za brak kompetencji). Tłumaczenia i wyjaśnienia podsycały burzliwą już atmosferę. Z kolei nasza bezsilność (brak kontaktu telefonicznego na morzu, internetu, itp.) dopingowała nas do ataku, który nas wyczerpywał psychicznie. Siwe włosy przybywały... Jedyne wsparcie mieliśmy w członkach załogi, którzy apodyktycznych rządów kapitana mieli również dosyć.
Pierwsze kroki po Japonii niestety na rowerach, bo samochód uwięziony był na statku. Dopiero po paru dniach zmagań z japońska biurokracją, dopięliśmy swego. Jedziemy Patrolem lewą stroną po gładkim asfalcie. Jeszcze musieliśmy spotkać koleżankę Kasię, która przyleciała z Polski, żeby przywitać nas w Japonii. Okazało się, że skontaktowanie się z nią nie było takie łatwe. Szukanie szarych budek telefonicznych z napisem „international” stało się obsesją. Nawet i te budki jak się okazało, nie spełniały swego zadania. Na głównym dworcu kolejowym w Kioto, na osiem budek telefonicznych, połączyła nas tylko jedna. W tym momencie odczuliśmy pełnię szczęścia. Słaba znajomość języka angielskiego ze strony Japończyków, utrudniała komunikację. Kompletny klaps. Tu nas Japonia zaczęła negatywnie zaskakiwać.
Nasza trasa wiodła przez Honsiu (Toyama, Nagano, Kioto, Okayama, Nara, pólwysep Izu, Fuji, Tokyo, Nikko, Matsushima, Oma) na Hokkaido (Hakodate, Sapporo, Biratori, Biei, Cape Soya, Wakkanai). Po wyspach zrobiliśmy jakieś 4 tys. km w ciągu 4 tygodni. Poruszaliśmy się powoli. Ograniczenie prędkości do 30 – 50 km/h. W ciągu dnia mogliśmy pokonać około 300 km. Upały 30-40°C, duża wilgotność były uciążliwe. Południowej części Japonii niestety nie poznaliśmy z powodu braku czasu. Podobno Okinawa jest przepiękna. To opinia ludzi, których poznaliśmy (m.in. Słowenki i Czecha).
Niewiele jest krajów, które budzą skrajne skojarzenia jak Japonia: starożytne świątynie (sintoistyczne, buddyjskie) i futurystyczne metropolie, spowite mgłą szczyty i czynne wulkany, ryksze i szybkie jak błyskawica pociągi (szinkanseny), odziana w kimono gejsza i ubrany w świetnie skrojony garnitur biznesmen, kryte strzechą chaty i pulsujące neonami miejskie dżungle... Budzi to wielkie zainteresowanie ale i niesmak. Z naszych odczuć wynika, że brakuje tam współczesnej oryginalności. Nie zainteresowała nas Tokio Tower kopia Wieży Eiffla, statua wolności na wzór amerykańskiej, rzymskie uliczki w pasażach handlowych, itp. Japończycy są mało otwarci na nowe znajomości. Wyjątkowo, będąc na festiwalu Ajnów (rdzenna ludność Hokkaido), poznaliśmy ciekawych ludzi. Zaprosili nas do swoich domów. Zwyczaj pozostawiania butów w progu domu nadal istnieje. Poznaliśmy smak miejscowych potraw. Pierwszy raz w życiu jedliśmy czarną fasolę na słodko, brązowy ryż z zielona fasolą, mikroskopijnej prawie wielkości ryby - bardzo odżywcze, wpływające na rozrost masy mięśniowej. Odwdzięczyliśmy się przyrządzeniem klusek śląskich (resztka ziemniaków z Polski – ojciec wyposażył nas w odpowiednie kilogramy) z sosem borowikowym (instant). Prawie pół wioski mieliśmy na degustacji w domu Gensana. Przyrządzone piwo z coca-colą, żubrówka z sokiem jabłkowym miało również powodzenie... a taniec we dwójkę w naszym wydaniu, oszołomił domowników.
Największe wrażenie zrobiła na nas przyroda. Przepiękne widoki szczytów wulkanów (niejednych jeszcze czynnych) spowite mgłą, wodospady, rwące potoki, jeziora z niesamowicie przejrzystą wodą, intensywna zieleń, różnorodność owadów, żuczków, jelonków, cykady... Źródła termalne, onseny były dla nas najbardziej relaksującymi miejscami. Tam zobaczyliśmy, jak Japonki centymetr po centymetrze pieszcząc, myją swoje ciała. Dla nas ważniejsza była kąpiel w źródle. Dla Japonek czynność peelingu, oczyszczania skóry.
Wizyta w świątyni (sintoizm, buddyzm) robi wrażenie. Tuż za torii (brama świątyni) jest chozuja (koryto z wodą) z czerpakami lub duża kadzielnica. Tu odbywa się oczyszczenie przed wejściem na uświęconą ziemię. Obmywa się ręce, płucze usta lub dłońmi naprowadza dym z kadzielnicy na siebie. Przed ołtarzem jest skrzynia na datki. Wrzuciwszy monetę, Japończycy odmawiają modlitwę, klaszczą w dłonie dwa razy, składają ukłon i wychodzą ze świątyni. W Świątyni Buddyjskiej (Zenkoji z VIIw.), w Nagano przechowuje się pierwszy wizerunek Buddy, jaki pojawił się w Japonii. Opiekunami Zenkoji jest kapłan i kapłanka. Co 7 lat można oglądać jego kopię. Przybywa podczas tego święta około 5 mln pielgrzymów, by zobaczyć kopię świętego wizerunku Buddy. Największego Buddę spotkać można w Narze – świątynia Todai-ji. Osiąga wysokość 16 m. Składa się z 437 ton brązu oraz 130 kg złota. Z kolei najbogatszą świątynię w sensie zdobnictwa (przepych złota), spotkać można w Nikko.
Góra Fudżi, najbardziej znany symbol Japonii, to charakterystyczny element krajobrazu regionu na południowy zachód od Tokio. Zdobycie jej (3776m n.p.m.) zajęło nam cały dzień. Wyposażeni byliśmy w wodę, jedzenie (pięciokrotne przebicie na trasie). Z powodu słabego oznakowania, zeszliśmy z trasy. Kosztowało nas to wydłużeniem czasu zejścia (półtoragodzinne podejście do skrzyżowania tras) po zachodzie słońca, nie mając oświetlenia. O przyjęciu na noc w schronisku nie było mowy, bo stać nas było opłacić tylko jedną osobę. Po omacku, uparcie zeszliśmy na parking, gdzie stał nasz Patrol. Nie czuliśmy nóg. Spaliśmy prawie do południa następnego dnia.
Spóźnienie na prom odpływający do Rosji, wyspę Sachalin kosztował nas kilka dni czekania. Wiedząc, że mamy coraz mniej czasu i kończącą się wizę rosyjską, próbowaliśmy ją przedłużyć. Niestety, na Sachalinie nie udało się. Kolejny prom Sachalin – Rosja, stały ląd, zajął nam 14 godzin. Czas umykał. Droga do Irkucka (około 4 tys.km), w tym ponad 2tys. km tzw. szutrówki, będzie dla nas niezapomniana. Jechaliśmy dzień i noc. Zmienialiśmy się co 4 godziny (na tyle każdy był w stanie koncentrować się). Warunki fatalne. Błoto, deszcz, kamienie, w nocy przymrozki. Zaoszczędziliśmy dwa dni ale... kosztowało to nas urwaniem rynienki dachowej, opadnięciem drzwi, wyciekiem oleju, uszkodzeniem alternatora... Naprawa i przedłużenie wizy w Irkucku trwało trzy dni. Dzięki pomocy Ambasady Polski szybko udało nam się zdobyć wizę. Trasę Irkuck – Biełogrod (granica rusko-ukraińska) przejechaliśmy w ciągu 9 dni. Co zaowocowało połamanym resorem i wymianą amortyzatora. Oczywiście Rosjanie wszystko potrafią dorobić - pióro UAZ, toyota amor. Byliśmy skupieni tylko na trasie i oczywiście jak to bywa jeżdżąc po ruskich drogach, na remoncie auta.
Myślimy, że nie byłoby tyle problemów z autem gdybyśmy wracali przez Amerykę, jak planowaliśmy będąc we Władywostoku. Konsul amerykański uniemożliwił nam tą realizację. No cóż.... Ryzykowaliśmy jadąc z powrotem przez Rosję ale udało się. Straty ponieśliśmy jak to bywa przy każdej wyprawie (remonty). Jednakże przeżyć, wspomnień, doznań duchowych, poznanie ludzi mniej i bardziej wartościowych nikt nam nie odbierze. Przejechaliśmy 28.500 km w 3 miesiące i 3 dni.
Porady:
Dobrze wiedzieć jakie dodatkowe dokumenty trzeba się zaopatrzyć:
- zielona karta na Ukrainę
- Prawo jazdy międzynarodowe do Rosji - pobyt powyżej 2 tygodni. W Japonii mimo, że nie mamy umowy międzynarodowej też pomogły (trzeba tam zdawać egzamin składający się ze 100 pytań)
- carnet de passage do Japonii
- ubezpieczenie na samochód w Japonii, które trzeba wykupić na miejscu
- ubezpieczenie na Rosję - zakup na granicy
- wiza na Rosję - na 3 miesiące dwukrotnego przekroczenia granicy
- oficjalny amerykański środek płatniczy
Szczepionki: brak takiej potrzeby
Tekst i zdjęcia: Tomasz Lindner


















Komentarze