Wyprawy

Ekspedycja Islandia 2011 - relacja

18.08.2011 21:30
Ekspedycja Islandia 2011 - relacja

Zapraszamy na relację z wyprawy: Ekspedycja Islandia 2011. Relacjonujemy niezwykłą i ciekawą podróż Michała Reja i Piotra Stańczaka. Dzień po dniu z wulkanicznej wyspy ...

Ekspedycja Islandia 2011: dakar.pl/wyprawy/ekspedycja-islandia-2011.htm

Niedziela-Czwartek, 14-18 sierpnia 2011

Po południu ruszyliśmy z Reykjanes w kierunku miejscowości Hella. Nocleg znaleźliśmy w załomach skalnych niedaleko rzeki Gilsa. Droga oznaczona jako „żółta” na mapie okazała się prawie przejezdna dla SUV”ów. Nam było mało porządnego off-roadu więc odbiliśmy na górski szlak łączący drogi którymi planowaliśmy dostać się do kolejnego celu naszej ekspedycji. Szlak zachwycił Piotra pięknymi widokami a mi dał dobrze w kość z powodu fajnej, ale i wymagającej trasy. Nocleg znaleźliśmy w niesamowitym miejscu, małej jaskini stworzonej prawdopodobnie przez bąbel powietrzny w lawie. Osłonięci idealnie od wiatru schowaliśmy się tam nie tylko sami, ale zmieścił się również nasz samochód.

Wtorkowy poranek rozpoczęliśmy od kolejnej dawki porządnego offroadu. Kilometrów nie było dużo, ale było fajnie. Islandzki interior zachwyca niesamowicie, po przejechaniu parunastu kilometrów surowy lawowy krajobraz potrafi zmienić się w zielony. Po południ dotarliśmy do Landmannalaugar, zwanego dziką krainą czarów. Unosząca się z każdej doliny para dodaje mistycyzmu i ujawnia istnienie przecinających ten teren rzek, sadzawek i strumieni. Nazwa Landmannalaugar oznacza po polsku „ łaźnię ludzi lądu”. Camping nad gorącym jeziorkiem jest naprawdę duży, słychać chyba wszystkie języki świata. Stwierdziliśmy że wieczorem nie będziemy siedzieć w gorących źródłach jak szprotki w puszce i zaplanowaliśmy sobie kąpiel na następny dzień rano. Korzystając z dobrodziejstwa ogrzewania Webasto nie musieliśmy się rozgrzewać przed pójściem spać. Nasza decyzja okazała się słuszna w 100 %, rano w gorącym jeziorku o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych były tylko 2 osoby oprócz nas.

Miejsce to tak nam przypadło do gustu że postanowiliśmy zrobić sobie dzień wolnego i cieszyć się urokiem tego miejsca i jego atrakcjami przez kolejny dzień.

W czwartek ruszyliśmy kawałek na północ aby dotrzeć do ścieżki prowadzącej od drogi F 228 do schroniska górskiego Jokulheimar koło którego chcieliśmy sprawdzić możliwość przejazdu prze rzekę Tungnaa. Niestety jest to rzeka wypływająca wprost z lodowca i przy temperaturach które panowały nie było żadnej możliwości jej przekroczenia brodem. Wycofał się nawet duży islandzki superjeep na 44 calowych kołach.

Brak możliwości przejechania tej rzeki zaowocował powrotem tą samą trasą i noclegiem znowu przy gorących źródłach.

Sobota, 13 sierpnia 2011 roku

Sobotni nocleg udało n am się znaleźć na ścieżce odchodzącej od głownej drogi, zaraz za torem samochodowym położonym na obrzezach Hafnarfjordur. Miejsce było niesamowite, młody las rosnący na starym polu lawowym. Jedyną niedogodnością były odgłosy „driftujących” samochodów na torze, które przeszkadzały Piotrkowi, a mnie przypominały czasy ścigania się w rajdach.

Rankiem ruszyliśmy na dokładne poznanie półwyspu Reykianes, nasze plany troszkę opóźniła eliminacja Rajdowych Mistrzostw Islandii, musieliśmy odczekać aż drogi zostaną otwarte.

Po godzinnym oczekiwaniu mogliśmy ruszyć dalej. Postanowiliśmy zjechać z głównej drogi na małą boczną szutrówkę wijącą się wzdłuż wybrzeża. Dróżka była lekko off-road”wa i w większości prowadziła po brzegu niesamowitego klifu wznoszącego się ponad 40 metrów powyżej poziomu oceanu.

Po powrocie na główną drogę dojechaliśmy nad niesamowite miejsca geotermalne z których słynie półwysep Reykjanes. Naszym oczom najpierw ukazało się dymiący parą brzeg jeziora a później zbocze góry z którego unosił się wielki słup pary wodnej, pod którym bulgotały błotne sadzawki.

Popołudnie i wieczór spędziliśmy w „największej atrakcji” Islandii…. Blue Lagoon. Miejsce to stanowi obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek odwiedzających tą wyspę.

Blue Lagoon jest sztucznym jeziorkiem które powstało z technologicznej wody która wypływa z turbin elektrowni geotermalnej zasilającej Kevlavik.

Miejsce jest rzeczywiście niesamowite… ciepła słona woda w olbrzymim basenie robi wrażenie. Nawet nie specjalnie przeszkadzało nam około 500 osób kąpiących się razem z nami. Wieczór spedziliśmy w miejscu już nam dobrze znanym, czyli lasku położonym niedaleko toru wyścigowego.

Następny dzień spędziliśmy na poznawaniu zakątków półwyspu Reykyanes.

Wtorek-Piątek, 9-12 sierpnia 2011 roku

Z Geysir’u ruszyliśmy do najbardziej popularnego wodospadu Islandii, słynnego Gullfoss. Nie zrobił on na nas jednak takiego wrażenia jak oddalony od cywilizacji i mniej z tego powodu popularny Dettifoss, który odwiedziliśmy 29 lipca.
W drodze do punktu, który obraliśmy sobie za nocleg, zahaczyliśmy o lodowiec Langjottull. Przyglądając się majaczącej na horyzoncie bazie skuterów śnieżnych i stojących obok nich wielkich islandzkich SuperJeep”ów postanowiliśmy zaryzykować i również spróbować wspiąć się na lodowiec. Nasze zdziwienie było naprawdę wielkie kiedy nasze opony BFGoodrich MT (opony na błoto i kamienie, które teoretycznie nie powinny mieć dobrej trakcji na śniegu) radziły sobie bardziej niż doskonale. Zdziwieni byli również sami Islandczycy.

Na nocleg wybraliśmy oddalony od wodospadu o prawie 100 kilometrów Hveravellir nazywany „Polem gorących źródeł” – samotny i owiewany wiatrem rejon w samym środku drogi Kjolur. Zobaczyliśmy tam Blahver (spokojny mleczno błękitny gorący staw) oraz Oskurholshver (piszczące źródło gwiżdżące jak czajnik). Przy schronisku znajduje się tam wybudowany
w 1938 roku termalny basen, dziś pokryty osadem krzemowym, który wygląda bardzo naturalnie. Ciekawostką jest woda
z dwóch różnych źróde – jednego prawie wrzącego, a drugiego lodowatego, która wpada do basenu dwiema oddzielnymi rurami. Kiedy następował nagły napływ gejzerowej, gorącej wody mogliśmy obserwować ludzi z krzykiem wyskakujących
z wody.

Środa przywitała nas pięknym słonecznym porankiem. Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Za cel obraliśmy sobie Hekle, czyli najbardziej aktywny wulkan na Islandii, który słynie z gwałtownych, widowiskowych i hałaśliwych oraz niszczycielskich erupcji. Hekla wybucha średnio co 10 lat, a jej ostatni wybuch nastąpił w 2000 roku. Trzeba przyznać,
że wjeżdżając na Heklę czuliśmy się mało komfortowo, jednak pnąca się wśród lawy wąska ścieżka z ponad pół metrowymi dziurami działała na n as niesamowicie. Szczególnie ostatni jej etap, prawie już nie używany, który piął się niemal pionowo do góry. Różnica wysokości, jaką udało się nam pokonać od parkingu do miejsca nawracania była naprawdę spora, wynosiła ponad 300 metrów i ponad półtora kilometra drogi. Hekla ma 1491 metrów, a nam się samochodem udało wdrapać na 1011 metrów.

Zjazd był szybki, ponieważ myśl o erupcji nie dawała nam spokoju, a na nocleg mieliśmy zaplanowane miejsce w Parku Narodowym Thingvellir, oddalonym od Hekli o ponad 140 kilometrów. Park ten położony jest na śródatlantyckiej linii uskoku tektonicznego. Jest to pokryte mchem pole położone nad kruszejącym urwiskiem opadającym do krystalicznie czystego jezioro. Jest to miejsce szczególne dla Islandczyków, ponieważ tam właśnie po raz pierwszy zebrali się
w charakterze demokratycznego zgromadzenia i spotykali raz do roku przez prawie 1000 lat. Tam właśnie został w 930 roku założony Islandzki parlament, zwany Althing.

Dla nas to miejsce miało jeszcze jedną wielką atrakcję. Szczelina międzykontynentalna wpadająca do jeziora zwana Silfrą, jest jednym z 10 najpiękniejszych i niesamowitych miejsc nurkowych świata. Zostaliśmy tam zaproszeni przez niezwykle sympatycznego instruktora nurkowania z największej islandzkiej firmy nurkowej www.dive.is Andrzeja Wardziukiewicza
na nurkowanie. Rzeczywiście było to niesamowite przeżycie. Nie ma drugiego miejsca na świecie, gdzie widoczność pod wodą sięga 100 metrów. Będąc na Islandii TRZEBA TO PRZEŻYĆ !!! Wielkie Dzięki Andrzej jeszcze raz !!!

Piątek spędziliśmy w Reykjaviku, gdzie zostaliśmy zaproszeni do najbardziej znanej firmy trudniącej się przeróbką zwykłych samochodów w monstery, zwane tutaj SuperJeep. Najczęściej można spotkać przerobione Nissany Patrole, Toyoty i wielkie amerykańskie Fordy F 350. Nas najbardziej zaskoczył widok będącego w trakcie przeróbki fabrycznie nowego Mercedesa Sprintera, który po przeróbce będzie posiadał napęd na 4 koła, a jego opony będą mieć wysokość 46 cali (118 cm). Samochód ten jest pierwszym z dziesięciu, który zamówiły islandzkie służby ratownicze, niosące pomoc na lodowcach.

Wieczorem spotkaliśmy się z Martą, redaktorką portalu www.informacje.is uzyskując wiele ciekawych informacji dotyczących Islandii i licznej polonii zamieszkującej ten kraj.

Jadąc w kierunku planowanego noclegu zobaczyliśmy dawno w Polsce zapomniane logo Taco Bell, sieciówki fastfood’owej która zniknęła z Polski kilkanaście lat temu. Po wejściu do środka okazało się, że nie musimy zgadywać co się kryje pod islandzkimi nazwami a możemy złożyć zamówienie po polsku u przemiłej, pracującej tam Agnieszki.

Sobota-Poniedziałek, 6-8 sierpnia 2011 roku

Sobotni poranek powitał nas pięknym słonecznym niebem idealnym do robienia zdjęć i kręcenia filmu. Z obrzeża miasteczka Stykkis-Holmur ruszyliśmy dalej w kierunku majestatycznego wulkanu Snaefelss-jokull. Jego zaśnieżona czapa góruje nad innymi szczytami, jest tak wielki że najlepiej go podziwiać z odległości kilkudziesięciu kilometrów. W samym jego pobliżu znaleźliśmy jego bardzo małego brata na którego można się było wspiąć kamienistą ścieżką i podziwiać wnętrze krateru. Dalszą część dnia zajęła nam podróż urokliwą drogą 54 w kierunku Akranes. Wieczorem udało nam się znaleźć nocleg w iście australijskim krajobrazie, czyli korycie okresowej rzeczki porośniętej skarłowaciałą brzozą bardzo przypominającą australijski busz.

W niedzielę po południu dotarliśmy do mieszkającego w Akranes Michała który prowadzi jedyny na Islandii portal informacyjny w języku polskim www.informacje.is Miłe spotkanie i przepyszny domowy obiad przeciągnęło się tak że zostaliśmy w gościach aż do poniedziałkowego poranka.

Rano ruszyliśmy w kierunku słynnego Geysir lecz trasę obraliśmy sobie mocno n a okrągło przez interior. Okazało się że droga zaznaczona na mapie jako ogólnodostępna, tak naprawdę jest prywatna. Na szczęście dla nas Islandczyk okazał się bardzo miły i pozwolił nam przejechać. Dalsza droga prowadziła nas poprzez prawdziwy księżycowy krajobraz. Droga wiła się pomiędzy pasmami lawy pozasypywanej czarno szarym popiołem wulkanicznym. Sceneria była naprawdę niesamowita i zapierająca dech w piersiach. Po drodze minęliśmy dwa nieczynne wulkany Skjaldbreidur i Hlodufell.

Udało nam się znaleźć małą nieopisaną dróżkę prowadzącą z drogi F338 w stronę Geysir. Długo nie myśląc sprawdziliśmy w naszym Garminie czy ona też tam istnieje. Owszem istniała, ale jako szlak. Już parę razy podróżowaliśmy w Islandzkim interiorze tego typu ścieżkami , więc i tym razem ruszyliśmy. Niecałe 10 km zajęło nam co prawda pół godziny, droga okazała się ścieżką dla quadów wykorzystywaną przez miejscową firmę do wożenia turystów.

Przed zachodem słońca udało nam się dotrzeć do najsłynniejszego Islandzkiego gejzera, a właściwie paru gejzerów. Słynny Geysir jest obecnie tylko i wyłącznie bulgoczącym małym stawem. Ostatni raz wystrzelił w 2005 roku na 8 metrów. Daleko mu było do rekordowych erupcji z przełomu XVIII i XIX wieku kiedy potrafił wybić słup wody na wysokość 70 metrów. Dzisiaj najbardziej popularnym gejzerem jest jego młodszy brat położony w odległości zaledwie 100 metrów od niego Strokkur. Gejzer ten w odstępach około cztero minutowych efektownie tryska w górę na wysokość dwudziestu paru metrów.

Noc w interiorze nie należy o ciepłych, pisząc teraz tą relacje była 23:15 i na worze temperatura 6 C . W takich warunkach docenia się wie rzeczy. Ciepłe i oddychające ubrania Campusa kiedy się siedzi n a dworze oraz ogrzewanie Webasto które pozwala się wyspać w cieple, totalnie zapominając o temperaturze panującej na zewnątrz.

Środa-Piątek, 3-5 sierpnia 2011 roku

Rano jadąc wybrzeżem natrafiamy na foczą kolonię przy której oczywiście się zatrzymaliśmy. Koło południa przyjechaliśmy do Isafjordur, największego miasta i w praktyce stolicy Fiordów Zachodnich.

Pierwszy osadnik, niejaki Helgi „Chudy” Hrolfsson dotarł tam w X wieku, a samo miasto zostało założone w 1569 roku. W miasteczku można udać się do Muzeum Morskiego, zjeść coś w dawnym budynku portowym i zatankować samochód.

Nasza dalsza droga na południową część Fiordów Zachodnich prowadziła przez prawie 5 kilometrowy tunel zbudowany kilkanaście lat temu. Ciekawostką tego tunelu jest to że w połowie jego długości rozgałęzia się na dwa różne tunele prowadzące do odległych od siebie miejsc.

Na nocleg docieramy pod ogłuszającą grupę wodospadów. Wirujące białe wody Dynjandi spadają jak po drabinie 100 metrów w dół.

Rano cofamy się kilkanaście kilometrów aby zmierzyć się z drogą opisaną w przewodnikach jako nieprzejezdną nawet dla aut 4x4. Krąg Svalvogar okazuje się uroczą około 60 kilometrową drogą jednak z powodu swojej trudności wymagającą pełnej koncentracji od kierowcy.

Wieczorem dojeżdżamy do położonego w firodzie Fostfjordur miejsca gdzie na mapie jest zaznaczony basen termalny. Po szybkich oględzinach postanawiamy tam zostać. Nasze lekkie zdziwienie budzi Islandczyk który podjeżdża, bierze ręcznik z samochodu i mijając basen idzie 50 metrów dalej do strumienia. Okazuje się że jest tam zrobiony naturalny mini basen do którego sączy się gorąca woda o temperaturze 44 stopni. Wieczór oczywiście spędzamy zanurzeni w wodzie co chwila wychodząc na trawkę aby podmuchy lodowatego wiatru trochę schłodziły nasze ciała.

Piątek stanowi dla nas dzień „transportowy” przemierzamy ponad 300 kilometrów krętych dróg. Towarzyszył nam niesamowity wiatr chcący zepchnąć nasz samochód z drogi a lejący do tego deszcz był jego sprzymierzeńcem. Wieczorem dotarliśmy do uroczego miasteczka położonego na klimatycznym cyplu Stykkis-Holmur. Po szybkim zwiedzaniu miasteczka niedaleko niego rozbijamy obóz, wieczorem zaczyna się przejaśniać co daje nam nadzieje na przyjemniejszy dzień.

Poniedziałek-Wtorek, 1-2 sierpnia 2011 roku

Rano wiatr nic a nic nie chciał odpuścić, wiał tak że ciężko się było utrzymać na nogach. Ja jednak nie odpuściłem zamiaru aby wykąpać się w skalnym termalnym baseniku. Według zapewnień pracownika woda powinna mieć 38 stopni. Pan jednak nie wziął pod uwagę silnego wiatru i jego czynnika chłodzącego. W każdym razie kąpiel się odbyła, a powrotu biegiem jedynie w slipkach do oddalonego o 30 metrów budynku z przebieralnią i łazienkami nie zapomnę do końca życia.

Po tym zimnym zdarzeniu i szybkim spakowaniu ruszyliśmy z duszą na ramieniu w 89 kilometrową drogę do stacji benzynowej.

Była to kamienista i kręta droga ale na szczęście cały czas z górki. Do Akureyri, drugiego co do wielkości miasta Islandii dotarliśmy na oparach. W bak mieszczący fabrycznie 90 nam udało się zatankować 91,5 litra.

W miasteczku przywitał nas poznany w Myvatn Adam który wraz z córkami wcielił się rolę przewodnika po miasteczku jego okolicach i atrakcjach. Wieczorem pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej w kierunku Fiordów Zachodnich. Nocleg udało nam się znaleźć nad Isafjordur. Cypel na który zjechaliśmy zgotował nas niespodziankę w postaci ruin bardzo starej osady.

Niedziela, 31 lipca 2011 roku

Z nad jeziora Myvatn ruszany w kierunku interioru, znajdujemy na mapie dróżkę oznaczoną jako szlak górski. Droga nas już od samego początku nie rozpieszcza, po paru godzinach kluczenia miedzy kamieniami dojeżdżamy do niesamowitego wodospadu Hrafnabjargafoss. Widok który tam zastajemy rekompensuje nam z nawiązką trudy drogi. Po sesji fotograficzno filmowej z wodospadem w roli głównej ruszamy dalej w kierunku południowym z zamiarem dojechania do drogi F910 którą dotrzemy do wulkanu i jeziora w nim położonego – słynnej Askji. Od wodospadu mamy do przejechania około 90km, co wydaje nam się spokojnie do zrobienia w 3 godziny. Niestety droga weryfikuje nasze plany. To co my, nasz samochód a podstawowo nasze opony i amortyzatory przeżywają jest ciężkie do opowiedzenia. Średnia prędkość jaką osiągamy na tym szlaku nie przekracza 10 km na godzinę. Kiedy wieczorem docieramy do drogi która ma nas zaprowadzić do Askji z przerażeniem patrzymy na stan naszego paliwa. Do tego droga która jest oznaczona na mapie kolorem żółtym praktycznie nie różni się od górskiego szlaku. Zaczynamy liczyć czy jesteśmy w stanie dotrzeć do cywilizacji czy też będziemy musieli wzywać Islandzki Rescue Team. Sprawdziliśmy telefon satelitarny i wybraliśmy nową trasę w przeciwnym kierunku od zamierzonego wcześniej. Za cel na nocleg obraliśmy LANGMANALAUGAR górskie schronisko położone na totalnym odludziu – 89 kilometrów od najbliższego miasteczka Akureyri. Droga prowadziła przez pola lawowe, wijąc się niemiłosiernie. Do tego po drodze zaliczyliśmy parę przepraw przez rzeki oznakowanych zakazem pokonywania w pojedynczy samochód. Po 18 godzinach jazdy ukazał nam się w reszcie budynek górskiego schroniska. Nocleg mimo temperatury wynoszącej 4 C i wietrze wiejącym z taką prędkością że bujało naszym samochodem niczym promem na morzu północnym okazał się przyjemny dzięki działającemu z wielką mocą ogrzewaniu Webasto. Została nam tylko jedna wielka niewiadoma na poranek…. czy starczy nam paliwa na zjazd do cywilizacji.

Piątek-Sobota, 29-30 lipca 2011 roku

Ekipa Campus Adventure Team na dobre rozpoczęła swą podróż po Islandii. Jak relacjonuje kierownik ekspedycji, Michał Rej…

Poranek oczarował nas przepiękną słoneczną i ciepłą aurą. Było tak miło że aż nie chciało nam się ruszać dalej. Po powolnym spakowaniu obozowiska ruszyliśmy w kierunku następnych ciekawych miejsc które zaplanowaliśmy odwiedzić. Podróż główną drogą nr 1 nie należy do najciekawszych, więc szukaliśmy sobie urozmaicenia. Posiadając bardzo dokładną mapę topograficzną do naszego GPS Garmin nie było to większym problemem. Jadąc w kierunku północnym skręciliśmy na dróżkę oznaczoną numerem 901 która jest szutrowym skrótem głównej drogi i prowadzi przez klimatyczną miejscowość Modrudalur. W tej mieścince jest parę domków wyglądających jak z bajki, nie tylko ich dachy porośnięte są trawą ale również ściany obłożone są czymś przypominającym torf. Największe nasze zdziwienie wywołała stacja benzynowa wyglądająca tak samo jak domki.

Po tym krótkim postoju ruszyliśmy dalej w kierunku wodospadów na rzece Jokulsa a fjollum. Rzeka ta o typowo górskim charakterze wiję się wśród olbrzymiego kanionu niosąc niezliczone ilości prawie czarnej wody, której zabarwienie pochodzi od popiołów wulkanicznych. W bliskiej odległości od siebie położonych jest na niej 5 wielkich wodospadów. Selfoss, Dettifoss, Hafragilsfoss, Rettarfoss, vigabjargfoss. Największy z nich 45 metrowy Dettifoss jest równocześnie największym pod względem mas przepływającej wody wodospadem w Europie. Krajobrazy które się mija jadąc od wodospadów w kierunku północnym wyglądają dokładnie tak jak krajobrazy ze zdjęć zrobionych przez amerykańskich astronautów n a Księżycu. Widok jest naprawdę zapierający dech w piersiach.

Około 11 wieczorem kiedy zachodzi już powoli słońce i robi się większa szarówka (bo o ciemnej nocy można tutaj zapomnieć) dotarliśmy do miasteczka Husavik które jest centrum wypraw łodziami na podglądanie wielorybów. Nocleg udało nam się znaleźć na plaży zaraz za miasteczkiem.

Rano ruszyliśmy do portu skąd po szybkim zaokrętowaniu na parunastu metrowy stateczek popłynęliśmy na spotkanie z olbrzymimi ssakami. Po około godzinie płynięcia przewodnik głośnym krzykiem oznajmił że na godzinie szóstej widział charakterystyczny „gejzer” spowodowany wypuszczeniem powietrza. Po chwili naszym oczom ukazał się piękny i wielki 50 tonowy Humbak. Zwierze te jednak nie przepada za hałasem spowodowanym przez śruby statku i po chwili zobaczyliśmy charakterystyczny manewr zakończony wystawieniem olbrzymiej tylniej płetwy z wody po czym straciliśmy kontakt wzrokowy na parę minut. Manewr ten oglądaliśmy parokrotnie aż skończył nam się czas przewidziany na wycieczkę. W drodze powrotnej podpłynęliśmy w pobliże wyspy zamieszkałej przez Maskonury. Ptaki te przypominają krzyżówkę pingwina i papugi. Poza okresem lęgowym mieszkają na morzu, są świetnymi nurkami potrafiącymi zanurkować za pożywieniem nawet na głębokość 60 metrów.

Wszystko co fajne szybko się kończy więc i my wróciliśmy do portu. Po szybkim zjedzeniu lunchu złożonego z doskonałych kabanosów Krakowskiego Kredensu udaliśmy się do jednego z najbardziej znanych miejsc islandzkiego Interioru . Myvatn wulkanicznej krainy czarów w której pola czarnej lawy ustępują miejsca młodym górom, ciekawym kręgom kraterów oraz strumykom i jeziorom. Największym jeziorem jest Myvatn którego miliony zatoczek, archipelagów i wysepek rozłożone są z precyzją godną pola golfowego. Miasteczko Reykjahlid leżące po północnej stronie jeziora słynie z drugiego co do wielkości po Błękitnej Lagunie kąpieliska geotermalnego. Ilość ludzi tam przebywających zniechęciła nas jednak do skorzystania z tego dobrodziejstwa natury.

fot. P. Stańczak

‹‹ Wróć do: Wyprawy

Komentarze

Partnerzy

Video