
Rozmawiamy z Rafałem Sonikiem – przedsiębiorcą, zwycięzcą Rajdu Dakar, dziewięciokrotnym zdobywcą Pucharu Świata FIM i pięciokrotnym mistrzem Polski w rajdach enduro.

Jak ocenia Pan decyzję Alberta Gryszczuka o starcie w przyszłorocznym Rajdzie Dakar polskim pojazdem elektrycznym Sokół 4×4?
Od kilku lat obserwuję, jak Albert konsekwentnie rozwija projekty związane z elektromobilnością. Trzeba powiedzieć, że są to przedsięwzięcia bardzo różne, ale każde z nich jest na swój sposób atrakcyjne. Czy mówimy o e-fasiągach, pojazdach dla turystów, eVanie, uniwersalnych podwoziach do zabudów, czy teraz o pojeździe przygotowywanym z myślą o Dakarze – widać w tym dużą ambicję, pomysłowość i determinację.
Dla mnie, jako przedsiębiorcy z dłuższym stażem, jest to bardzo krzepiące. Widzę człowieka, który nie tylko ma pomysły, ale potrafi przez lata konsekwentnie je rozwijać. Albert nie należy już do najmłodszego pokolenia przedsiębiorców, ale nadal imponuje energią, odwagą i skalą swoich ambicji.
Jednocześnie od dziesięcioleci funkcjonuje w świecie Dakaru. Można powiedzieć, że realizuje dwie życiowe pasje. Z jednej strony od dziecka marzył o własnym dużym przedsięwzięciu związanym z Dakarem. Organizował rajdy w zachodniej Polsce i w Niemczech, był obecny w środowisku rajdowym, a Dakar przez cały czas pozostawał ważną częścią jego życia. Z drugiej strony od kilku lat bardzo mocno skupił się na elektromobilności i rozwoju własnych technologii.
Teraz te dwa światy w naturalny sposób zaczynają się ze sobą łączyć. Projekt dakarowy staje się nie tylko realizacją sportowego marzenia, ale także technologicznym sprawdzianem. Bardzo się z tego cieszę i będę temu przedsięwzięciu mocno kibicował.
Elektromobilność jest dziś na Dakarze mile widziana, ale trzeba jasno powiedzieć, że dotychczasowe próby miały zupełnie inną skalę ambicji. Przejechanie całej trasy Dakaru w pełni elektrycznym pojazdem to zadanie ekstremalnie trudne. Mówimy o ilości energii odpowiadającej setkom litrów paliwa zużywanym każdego dnia rywalizacji. To są naprawdę kolosalne wartości.
Nie jestem specjalistą od tej technologii, więc nie będę operował konkretnymi liczbami, ale pamiętam wcześniejsze próby, które momentami wyglądały wręcz groteskowo. Samochody przedstawiane jako elektryczne miały na pokładzie spalinowe generatory, które ładowały akumulatory podczas jazdy. Były więc raczej specyficznymi hybrydami niż prawdziwymi elektrykami.
W przypadku projektu Alberta widzę zupełnie inne podejście. To ma być pojazd rzeczywiście elektryczny. To właśnie sprawia, że uważam to przedsięwzięcie za niebywale ambitne.
Czy Dakar może być także testem dla polskiej technologii, systemu EVACT i całego rozwiązania opracowanego przez zespół Alberta Gryszczuka?
To potencjalnie najmocniejszy test, jaki można sobie wyobrazić. Trudno wskazać bardziej wymagające warunki do sprawdzenia technologii niż Dakar. Temperatura, kurz, piasek, ogromne dystanse, presja czasu i brak komfortowych warunków serwisowych powodują, że każdy element pojazdu musi działać niezawodnie.
Jeżeli mówimy o systemie zarządzania pojazdem, o bateriach, napędzie i całej architekturze elektrycznej, Dakar może być czymś znacznie więcej niż sportowym startem. Może stać się weryfikacją technologii w warunkach, których nie da się odtworzyć w laboratorium.
Oczywiście życzyłbym sobie, aby zespół był przygotowany na tyle dobrze, żeby sam aspekt wytrzymałości był już tylko formalnością, a walka toczyła się przede wszystkim o wynik sportowy. Ale jako test technologiczny trudno wyobrazić sobie coś bardziej wymagającego.
Rozmawiałem z Albertem na ten temat dwa czy trzy lata temu. Już wtedy marzył o tym, żeby zrobić coś naprawdę spektakularnego, żeby zrobić to – mówiąc potocznie – z przytupem. Dlatego dzisiaj jestem wielkim kibicem tego projektu.
Pamiętam też rozmowy sprzed kilku lat, kiedy Tadeusz Błażusiak przesiadł się na motocykl elektryczny. Wtedy moi znajomi mówili mi: „Rafał, jeśli miałbyś wrócić na Dakar, to właśnie elektrykiem”. Chodziło o symbolikę. Po wcześniejszych zwycięstwach można byłoby stać się symbolem wielkiej zmiany zachodzącej w motoryzacji.
To właśnie dlatego projekt Alberta ma dla mnie tak duże znaczenie. To nie jest wyłącznie przygoda sportowa. To próba pokazania, że polska technologia może zostać sprawdzona w najtrudniejszych warunkach świata.
Czy dziwi Pana, że właśnie Polacy chcą być pionierami w czymś, czego dotąd nikt nie dokonał ani na Dakarze, ani właściwie w skali światowej?
Zupełnie mnie to nie dziwi. W wielu obszarach jesteśmy pionierami i bardzo lubimy przecierać nowe szlaki. Choć Polska jest krajem średniej wielkości, mamy wielkie ambicje. I często osiągamy rzeczy nieproporcjonalne do skali kraju oraz potencjału, którym dysponujemy.
Organizator Dakaru, ASO, od lat zwraca uwagę na skuteczność Polaków. Kiedy już jedziemy na Dakar, bardzo często dojeżdżamy do mety. Osiągamy wyniki, które są bardziej efektem determinacji niż budżetów, jakimi dysponujemy.
Pamiętam, że kilka lat temu średni odsetek zawodników kończących Dakar wynosił około 65 procent. W przypadku Polaków był wyraźnie wyższy. To pokazuje, że jesteśmy ponadprzeciętnie skuteczni. Nie zawsze mamy największe zaplecze finansowe, nie zawsze mamy największe zespoły, ale bardzo często nadrabiamy konsekwencją, odpornością i pomysłowością.
Myślę, że można tu postawić prostą analogię między sportem a biznesem. Także w biznesie potrafimy wyróżniać się innowacyjnością, kreatywnością i skutecznością.
Pionierami nie zawsze zostają najwięksi. Najwięksi często doskonalą istniejące rozwiązania. Pionierami zostają ci, którzy mają odwagę zrobić coś po raz pierwszy.
Dlatego nie dziwi mnie, że właśnie Polacy chcą podjąć próbę stworzenia w pełni elektrycznego projektu dakarowego. Widzę w tym pewną ciągłość naszego sposobu myślenia. Jeśli już coś robić, to próbować przesuwać granice możliwości.
Jestem bardzo dumny z chłopaków z Innovation AG, bo ich determinacja jest naprawdę imponująca. Tym bardziej że polskie instytucje przyznające środki na rozwój elektromobilności nie zawsze były dla Alberta szczególnie łaskawe. Właśnie dlatego jego konsekwencję i upór podziwiam jeszcze bardziej.
To są projekty, które nie rodzą się z wygody. One rodzą się z odwagi, z wiary we własny pomysł i z przekonania, że polska technologia może konkurować z najlepszymi. Jeśli polska technologia ma udowodnić swoją wartość, trudno wyobrazić sobie bardziej wymagające miejsce niż Dakar.